|
|
wtorek, 26 stycznia 2010
Andre' Rouille' "Fotografia między dokumentem a sztuką współczesną"
Witajcie po dłuższej przerwie. Odkurzam bloga, bo (ku mojemu zdziwieniu) trochę osób na niego zagląda, a tu już od dawna nic się nie działo Niech więc się zadzieje.. Po pierwsze polecam mojego drugiego bloga, z większą ilością obrazków ;) http://photostops.blogspot.com Po drugie... skończyłam ostatnio lekturę książki Andre' Rouille'go "Fotografia między dokumentem a sztuką współczesną" (Universitas, Kraków 2007) i szczerze polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym fotografią jako medium. Autor w niezwykle ciekawy sposób omawia istotę pęknięcia oddzielającego fotografię prasową/reportażową/dokumentalną od tej pojawiającej się w polu sztuki. Fotografia, będąca wynalazkiem kultury społeczeństwa industrialnego, stała się dla tej kultury niezwykle ważnym narzędziem poznawczym, którego użycie opierało się na niepodważalnym przekonaniu o przezroczystości medium. Wiara w "prawdziwość" obrazu fotograficznego jest do tej pory punktem wyjścia dla sposobu odbioru zdjęć prasowych, wystaw typu World Press Photo, reportażu wojennego ale także fotografii ślubnej czy amatorskich zdjęć z podróży. Ostatnie trzy dziesięciolecia, zmiany jakie zaszły w kulturze europejskiej, wyraźnie ujawniły jednak pęknięcia pojawiające na tym wizerunku fotografii. Wizja "prawdy" "obiektywnie rejestrowanej" przez "neutralny" obiektyw aparatu okazała się złudą. I nie chodzi tu jedynie o powstałe, dzięki narodzinom fotografii cyfrowej, możliwości szybszej, łatwiejszej i praktycznie nierozpoznawalnej obróbki cyfrowej obrazu. Mamy raczej do czynienia z rodzącą się świadomością polisemiczności obrazu, którego znaczenie jest zawsze zawężane i konkretyzowane w jego użyciu, w kontekście, w którym pojawia się fotografia. Otaczająca nas rzeczywistość jest semiotycznie neutralna. To człowiek i jego kultura nadają znaczenia otoczeniu. Zdjęcie jest obrazem "wyrwanym" niejako z polisemicznej sieci zależności, której podstawowymi kategoriami jest to kto i dlaczego zdecydował się uwiecznić na fotografii ten a nie inny fragment rzeczywistości. Jeśli dalej obraz zostaje oderwany od osoby autora, która może zawsze uzupełnić to-co-na-zdjęciu o to-co-poza-zdjęciem, fotografii można nadawać nowe znaczenia, ukierunkować jej odbiór poprzez kontekst, podpis, sposób jej wykorzystania. Zostaje w ten sposób zerwana ta krucha relacja między obrazem a miejscem i chwilą jego wykonania, między fotografią a sfotografowaną rzeczywistością. Obraz nie przekazuje żadnej prawdy. Staje się autonomiczny, a jego niebezpieczeństwo tkwi właśnie w tym, że udaje, mami odbiorcę swoim podobieństwem do rzeczywistości. O ile fotografia w polu dokumentu, fotografii prasowej, fotoreportażu karmi się mitem obiektywności i dokumentacyjnej siły fotografii o tyle artyści sięgający po fotografię w polu sztuki, albo próbują go obnażyć czy podważyć, albo z nim grają, sięgają po medium bazując na sposobie jego potocznego odbioru w naszej kulturze dla realizacji projektów i dzieł, które wykraczają daleko poza fotografię. Żeby dowiedzieć się kto, kiedy, jak i co sięgnijcie po książkę Rouille'go. Polecam! Tagi:
dokument
fotografia między dokumentem a sztuka współczesną
fotoreportaż
Rouille
sztuka współczesna
11:17, agacior_ek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lipca 2009
Constantin Brancusi - fotograf
Czasem się zastanawiam, skąd biorą czas na blogowanie osoby, które zamieszczają notki na blogach 1 raz dziennie albo kilka razy w tygodniu..
Maj minął.. przez Polskę przetoczyła się już burza festiwali fotograficznych. Mi udało się odwiedzić jedynie fotograficzny Kraków, ale ponieważ o festiwalach napisano już tak wiele, na przykład tu: http://obieg.pl/wydarzenie/12392 , oszczędzę Wam swoich wrażeń i relacji. Za to wczoraj z kilkoma plantatorami (www.plantacjafotografii.pl) odwiedziliśmy Królikarnię i wystawę Constantin Brancusi - fotograf. Brancusi (1876-1957) był rumuńskim rzeźbiarzem, tworzącym w orbicie Paryża. Początek jego paryskiej kariery przypada na przełom pierwszego i drugiego dziesięciolecia XX wieku, moment tworzenia się pierwszych ruchów awangardowych. W tym czasie w Paryżu działali także Gauguin, Picasso, Matisse i bardzo żywe były w środowiskach artystycznych fascynacje kulturami, mitologią, wierzeniami i sztuką ludów, nazywanych wtedy pierwotnymi. Artyści sięgali do symboliki i form sztuki ludowej widząc w nich otwartość na pierwotne sacrum, zapomniane przez kulturę Europy Zachodniej. Taka była również po części postawa twórcza Brancusiego, autora takich rzeźb jak "Pocałunek"
"Początek świata"
czy "Nowo narodzony"
Artysta rzeźbiarz sięgnął w którymś momencie po aparat fotograficzny, w celu stworzenia dokumentacji własnej twórczości. Robił on zdjęcia własnej pracowni, rzeźb na różnych etapach ich powstawania i wreszcie autoportrety w pracownianych wnętrzach. Na wystawie w Królikarni pokazano 40 fotografii Brancusiego. Wyłania się z nich zupełnie niezwykły, na pół magiczny świat artysty-rzeźbiarza, który żyje w niezwykłej symbiozie z tworzonymi przez siebie rzeźbami. Pracownia wydaje się być lasem totemów, w którego gąszczu pracuje Brancusi. Brancusi w fotografii zawarł własną wizję swojej twórczości. Pracownia zalana słońcem, które spływając z góry oświeca, stojącego na podwyższeniu, "Ptaka w locie". Gdzie indziej zbliżenie na grupę rzeźb i narzędzia, wśród których rozróżnienie imadła od obiektu rzeźbiarskiego, jest niemożliwe. Na kolejnym zdjęciu Brancusi, ubrany w szerokie spodnie na szelkach i słomkowy kapelusz, którego twarz zakrywa długa broda, z piłą w ręku zmaga się z olbrzymim kawałkiem drewna. Fotografia była w rękach Brancusiego narzędziem, dzięki któremu przekazał on swoją własną wizję, własną fantazję na temat swoich rzeźb i własnego miejsca w stworzonym przez siebie świecie symboli. Możliwość wejścia w ten świat jest zupełnie fascynującą przygodą.
sobota, 25 kwietnia 2009
World Digital Library
Odkurzam bloga... Mam nadzieję, że na dobre, bo nadchodzi maj (jak ten czas szybko biegnie) - miesiąc festiwali fotograficznych w Polsce - więc mam nadzieję, że będzie o czym pisać. Ale dziś nie o wystawie a o pewnym bardzo ciekawym projekcie udostępniania w internecie zasobów światowych bibliotek. Surfując na www.corriere.it natknęłam się na artykuł o World Ditital Library www.wdl.org/en . Wśród licznych ciekawych obiektów, do których dostęp możemy uzyskać dzięki tej bibliotece znajduje się wiele fotografii i to fotografii z XIX i początków XX wieku, jak na przykład ten http://www.wdl.org/en/item/412/ widok na Plac Św. Marka w Wenecji czy mój ukochany plac Krasińskich w Warszawie http://www.wdl.org/en/item/509/ oczywiście z tylmanowskim pałacem w roli głównej. Jest też wiele fotografii portretowych takich jak chociażby to studium strojów http://www.wdl.org/en/item/337/ Oczywiście kontakt z cyfrową reprodukcją fotografii nie zastąpi w niczym bezpośredniego doświadczenia oryginalnego powiększenia (tak, w przypadku fotografii jestem lekką fetyszystką), ale biblioteka ta jest niezwykłym źródłem wiedzy. Każdy obiekt jest dokładnie opisany a do tego można go sobie pobrać! Woooooooooow ;) A oto dowód (co prawda niefotograficzny), że abstrakcja nie narodziła się w XX wieku: http://www.wdl.org/en/item/200 (na widok takich rycin dostaję małego fioła ;) ). Byłoby cudownie, gdyby do projektu przystępowało coraz więcej bibliotek i innych instytucji, które (myślę, że nie tylko w Polsce) w swoich czeluściach skrywają niezwykłe i zupełnie niedostępne skarby. A jeśli o festiwalach mowa, to jeśli byłoby Wam po drodze do Reggio Emilia, możecie wpaść na festiwal "Fotografia Europea" http://www.corriere.it/cultura/09_aprile_22/mostra_fotografia_europea_6fed4bae-2f58-11de-89c1-00144f02aabc.shtml na którym między innymi zobaczyć będzie można wystawy Josefa Sudka czy Joana Foncuberty. Jeśli zaś bliżej macie do Warszawy, to wczoraj rozpoczął się V Warszawski Festiwal Fotografii Artystycznej, który w tym roku zapowiada się niezwykle ciekawie, gdyż jedną z jego głównych części będą wystawy fotografii czeskiej, takich autorów jak Frantisek Drtikol, Jaroslav Rössler, Jan Saudek, Vaclav Chochol, Miloslav Stibor, Jindřich Štreit czy Vladimir Birgus. Kalendarium festiwalu tu: www.wffa.pl (niestety tylko po polsku :/) W czwartek w ramach festiwalu w Galerii Asymetria odbędzie się spotkanie z Jerzym Lewczyńskim - wydarzenie nie do ominięcia dla warszawiaków zakochanych w fotografii! Dziś pobawiłam się w informacyjny serwis kulturalny, ale niech i tak będzie! ;)
Spolvero il blog.. Spero che questo sia una tendenza piu' stabile perche' arriva maggio (il tempo passa...) che in Polonia e' il mese dei festival di fotografia. Allora mi auguro vedere qualcosa d'interessante. Ma oggi non scrivo su nessuna mostra ma su un interessantissimo progetto di digitalizzazione delle risorse di varie biblioteche mondiali. Navigando su corriere.it ho trovato un articolo so World Ditital Library www.wdl.org/en . E li', tra vari e numerosi tesori che possiamo vedere si trovano tante fotografie e soprattutto le fotografie dall'Ottocento e dagli inizi del Novecento, come per esempio questa veduta della Piazza di San Marco http://www.wdl.org/en/item/412/ o, cosi' cara a me, piazza di Krasiński a Varsavia http://www.wdl.org/en/item/509/ Il palazzo che si vede sulla fotografia e' il Palazzo di Krasinski, costruito tra gli anni '70 e '90 del Seicento e progettato da Tylman van Gameren, un architetto olandese, legato a Varsavia, autore dei tanti fantastici edifici varsaviani, tutti nello stile del barocco classicheggiante, molto delicati ma nello stesso tempo decorativi. Ma tornando alla wdl, ci si trovano anche tanti ritratti fotografici come quello studio del costume: http://www.wdl.org/en/item/337/ Ovviamente il contatto con una riproduzione digitale di una fotografia non riesce a sostituire l'esperinza diretta di una stampa originale (si', per quanto riguarda la fotografia, sono un po' feticista), ma questa biblioteca e' un'incredibile fonte del sapere. Ogni oggetto e' ben descritto. E di piu' si puo' scaricare tutto! Wooooooooooooow ;) Ecco la prova (purtoppo non fotografica) che l'arte dell'astrattismo non nacque nel Novecento ma molto prima: http://www.wdl.org/en/item/200 (quando vedo le stampe del genere impazzisco un po' ;)). Sarebbe fantastico se al progetto cominciassero a partecipare anche altre biblioteche e delle istituzioni che (penso non solo in Polonia) nascondono nei suoi "archivi" dei tesori fantastici ma inaccessibili.
Per quanto riguarda dei festival, se abitate vicino a Reggio Emilia potete passarci per vedere le mostre del festival "Fotografia Europea" http://www.corriere.it/cultura/09_aprile_22/mostra_fotografia_europea_6fed4bae-2f58-11de-89c1-00144f02aabc.shtml Ci si potranno vedere delle esposizioni delle opere di Josef Sudek o Joan Foncuberta! Se avrete l'occasione di venire in maggio a Varsavia non dimenticate di vedere qualche mostra del V Festival Varsaviano di Fotografia Artistica che e' cominciato ieri. Quest'anno il festival sembra molto interessante perche' una delle sue parti importante saranno le mostre dei fotografi cechi, come Frantisek Drtikol, Jaroslav Rössler, Jan Saudek, Vaclav Chochol, Miloslav Stibor, Jindřich Štreit czy Vladimir Birgus.La fotografia ceca e' un fenomeno particolare. L'ambiente ceco e' molto attivo ed importante oggi. In Repubblica Ceca si trovano le scuole fotografiche cosi' importanti come L'Istituto della Fotografia Creativa a Opava http://itf.fpf.slu.cz/ che si specializza soprattutto nel reportaggio e la fotografia documentaria o il dipartimento di fotografia all'accademia delle arti rappresentative a Praga http://foto.amu.cz/ . E nella storia della fotografia ceca si trovano i personaggi come Josef Sudek o Jan Saudek... Giovedi' in Galleria "Asymetria" a Varsavia ci sara' un incontro con Jerzy Lewczyński - un avvenimento che nessun varsaviano affascinato in fotografia non puo' perdere! Oggi ho fatto un servizio culturale, ma puo' essere anche cosi'! :)
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Un mezzo espressivo totalmente invisible
In questi giorni a Varsavia si può vedere un’altra esposizione che gli autori hanno chiamato “fotografica”. Dom Spotkań z Historią (La Casa degli Incontri con la Storia) ha organizzato una mostra intitolata “60 anni fa a Varsavia” che dovrebbe essere un’esposizione delle fotografie della capitale dal 1948 che si trovano nei archivi di Polska Agencja Prasowa (Agenzia Polacca di Stampa).
In realtà però l’esposizione non ha tanto a che fare con una mostra fotografica anche se, paradossalmente, ha svelato uno dei più caratteristici aspetti della sua percezione – il carattere di un mezzo espressivo assolutamente invisibile.
I metodi della registrazione meccanica degli immagini ci hanno offerto un’illusione di avere l’accesso ad una non cifrata rapresentazione della realtà, cioè che la fotografia ci da un’immediato contatto con quello che registra. La fotografia sembra essere un mezzo che riesce a trasmettere in modo fedele, meccanico ed immediato la verità sul mondo. Quando nel caso della pittura è molto difficile dimenticare che sono: la mano del pittore e un ordine simbolico che organizzano la superfice della tela, nella fotografia l’occhio del fotografo e la cassetta della macchina fotografica – gli atrezzi che scelgono e codificano la realtà tridimensionale in un’immagine bidimensionale – vengono tralasciati. In questa prospettiva quello che è rappresentato sulla fotografia viene considerato come vero, e la fotografia stessa viene ridotta a quello che rappresenta.
Le conseguenze di un tale approccio si vedono all’esposizione a Dom Spotkań z Historią il cui scopo principale era in realtà di raccontare la storia di Varsavia dal 1948: della città rasa al suolo, in corso di ricostruzione in cui si stabilisce il potere comunista e nasce una nuova vita organizzata secondo le nuove regole e non quello di fare una mostra fotografica. All’esposizione si possono vedere le stampe digitali fatte dalle pellicole originali, accompagnate da un vasto commentario storico (ovviamente soltanto in polacco sic!) e dalle cronache filmiche, ricordi dei varsaviani, citazioni di Cyrankiewicz (http://it.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Cyrankiewicz) e Bierut (http://it.wikipedia.org/wiki/Boles%C5%82aw_Bierut). La sostituzione degli ingrandimenti con le stampe digitali è un’altra prova dell’invisibilità della materialità del processo fotografico. La fotografia a questa esposizione è stata ridotta all’immagine, all’informazione, ad un frammento di realtà che rappresenta. La sua parte materiale – l’ingrandimento, la plastica dell’immagine apparsa sull’emulsione – sembrano essere un supplemento superfluo che in realtà non cambia nulla. Bisogna ricordare che l’ordine della fotografia tradizonale – e in questa tecnica sono state eseguite tutte le foto esibite – e l’ordine delle tecniche digitali sono fondamentalmente diversi e come scrive Rouillé „la differenza non riguarda il livello artistico ma l’essenza dell’apparizione dell’immagine.”[1]. Dunque, le fotografie alla mostra sono state esibite senza qualsiasi approccio critico ad esse, sono state trattate come veridici testimoni della storia, come un attrezzo che permette di vedere quello che è stato (qua di nuovo mi viene in mente questo „ça-a-été” di Barthes). La domanda è se la fotografia ci da qualsiasi accesso al passato e se usarla in questo modo non falsifichi la storia.
wtorek, 20 stycznia 2009
Niewidzialne medium
Obecnie w Warszawie można zobaczyć jeszcze jedną wystawę, którą organizatorzy zaliczyli do grona fotograficznych. Dom Spotkań z Historią zorganizował wystawę pt. „60 lat temu w Warszawie”, która miała być wystawą zdjęć stolicy z roku 1948, które znajdują się w archiwum Polskiej Agencji Prasowej. Wbrew pozorom jednak ta ekspozycja ma niewiele wspólnego z wystawą fotografii. Chociaż może paradoksalnie pokazała jedno z bardzo charakterystycznych sposobów jej odbioru – niewidzialność medium.
Metody mechanicznego rejestrowania obrazu dały złudzenie dostępu do reprezentacji bez kodu, co znaczy, że fotografia zdała się dać niezapośredniczony dostęp do świata, który rejestruje. Miała być narzędziem, które mechanicznie, wiernie i bezpośrednio przekazuje prawdę o świecie. O tyle o ile w przypadku malarstwa ciężko zapomnieć o ręce malarza i porządku symbolicznym, który organizuje powierzchnię płótna o tyle w przypadku fotografii oko fotografującego oraz skrzynka aparatu, jako narzędzia, które zawsze dokonują selekcji i przekodowania trójwymiarowej rzeczywistości na dwuwymiarowe przedstawienie, umykają uwadze odbiorców fotografii. W takim spojrzeniu to, co przedstawione na fotografii jest prawdziwe, fotografia sprowadzona zostaje do tego, co przedstawia. Konsekwencje takiego odbioru fotografii można zaobserwować na wystawie w Domu Spotkań z Historią, której nadrzędnym celem było tak naprawdę opowiedzenie historii Warszawy z roku 1948: Warszawy zupełnie zburzonej, odgruzowywanej i odbudowywanej, w której stabilizuje się władza komunistyczna i rodzi się nowe życie, zorganizowane na nowych zasadach. Na wystawie można było zobaczyć wydruki zeskanowanych zdjęć, opatrzone obszernym komentarzem historycznym (oczywiście tylko w języku polskim sic!), którym towarzyszyły kroniki filmowe, wspomnienia warszawiaków z tego okresu, cytaty z wypowiedzi Cyrankiewicza czy Bieruta. Zastąpienie odbitki wydrukiem jest kolejnym dowodem na niewidzialność materialnej części procesu fotograficznego. Na tej wystawie została ona sprowadzona do obrazu, do informacji, fragmentu rzeczywistości, którą reprezentuje. Jej fizyczna strona – powiększenie, plastyka obrazu uzyskanego na światłoczułej materii papieru wydają się zbędnym dodatkiem, który tak naprawdę niczego nie zmienia. Porządek fotografii tradycyjnej – a w tej technice zostały wykonane wszystkie zdjęcia pokazywane na wystawie – oraz porządek technik cyfrowych zasadniczo się od siebie różnią, jak pisze Rouillé „różnica ta nie dotyczy poziomu artystycznego, lecz istoty powstawania obrazu”[1].
Tak więc na wystawie fotografia została pokazana bez żadnego dystansu krytycznego do niej samej, została potraktowana jako wierny świadek historii, jako narzędzie, które pozwala nam zobaczyć to, co było (tu znowu pobrzmiewa barthowskie „ça-a-été”). Pytanie tylko, czy mamy do tego jakikolwiek dostęp i czy takie przedstawianie historii nie jest jej zafałszowywaniem.
czwartek, 08 stycznia 2009
NO SUCH THING AS SOCIETY
Właśnie wróciłam z CSW, gdzie jeszcze do niedzieli można zobaczyć wystawę fotografii brytyjskiej NO SUCH THING AS SOCIETY/NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK SPOŁECZEŃSTWO, która została sprowadzona do Warszawy z okazji 70ciolecia British Council w Polsce. Jej kuratorem jest David Alan Mellor, jak można przeczytać na stronie CSW [http://www.csw.art.pl/ns/2007program/0506program.htm] "profesor historii sztuki na University of Sussex, autor wielu tekstów i kurator wystaw na temat różnorodnych aspektów powojennej fotografii brytyjskiej, m.in. Antonioni's Blow-Up, London 1966 (2006), Liliane Lijn, Works, 1958-1980 (2005), Interpreting Lucian Freud (2003), and The Art of Robyn Denny (2002)." Wystawa wychodzi od cytatu Margaret Thatcher: "...społeczeństwo? Nie ma czegoś takiego. Są tylko indywidualni mężczyźni i kobiety, są też rodziny." a następnie stara się do niego ustosunkować. Bo nawet jeśli nie ma społeczeństwa, to jak pokazują zdjęcia jest historia, wydarzenia i są miejsca, w które wplecione są życia indywidualnych mężczyzn, kobiet i rodzin. Na negatywach fotografów na przestrzeni dwóch dekad, lat '70tych i '80tych, udokumentowane zostały niektóre aspekty życia w Wielkiej Brytanii w tym okresie: problemy społeczne takie jak konflikty w Irlandii Północnej, przemiany gospodarcze, które prowadziły do powolnego 'znikania' dawnego, industrialnego świata, globalizacja, które miały wpływ na życie Brytyjczyków, w których Brytyjczycy brali czynny lub bierny udział. Wystawa była więc dla mnie podróżą w czasie i przestrzeni a także ogromną przyjemnością, bo pokazane zostały na niej naprawdę doskonałe plastycznie prace. W pamięci najbardziej utkwiły mi portrety, jak chociażby te autorstwa Chrisa Killipa http://en.wikipedia.org/wiki/Chris_Killip. Poza wystawą dziś w CSW odbyło się spotkanie z Peterem Mitchelem, jednym z autorów, którego prace prezentowane były na wystawie. Mitchel od 1972 roku mieszka w Leeds i praktycznie całe swoje życie poświęcił dokumentowaniu tego miasteczka a szczególnie swojej dzielnicy, która nie cieszy się zbyt dobrą reputacją. Na spotkaniu Mitchel pokazywał na slajdach swoje prace, opowiadał o różnych wystawach, które zrealizował, a wszystko to składało się na opowieść o przemijaniu, znikaniu, nieuchronnym odchodzeniu w niepamięć tego, co nas otacza. I znowu fotografia stała się narzędziem służącym pamiętaniu, bursztynem, w którego wnętrzu zatopiony został ostatni osobnik jakiegoś wymarłego gatunku owadów, który dociera do naszych czasów i funkcjonuje w zupełnie nowej rzeczywistości i jakby poza czasem, przypominając że kiedyś istniał jakiś inny świat. I wydaje się, że świadczy ona, jak chciał Barthes "ca-a-e'te'" - to było. Tylko, że świadectwo to jest tak naprawdę bardzo ulotne, rozproszone i niepełne. Układaja się ono w mozaikę, w której przestrzeń pomiędzy dwoma jej fragmentami pozostawia dużo miejsca dla naszej interpretacji. Jak mówił sam Mitchel, on sam na swoich wystawach autorskich zawsze łączy ze sobą fotografie sprzed wielu lat z tymi najnowszymi. Zestawia je wciąż na nowo, układa z nich wciąż nowe narracje, snuje swoją opowieść o Leeds, która jest bardzo osobista i spersonalizowana. Nie pretenduje ona do miana naukowego opisu, ale otwiera przed widzem fascynujące wizualne światy. To właśnie ta intymność fotografii, intymność dokumentu. Metoda pracy Mitchela skojarzyła mi się ze sposobem, w jaki pracował Ireneusz Zjeżdżałka, również tak blisko i niezmiennie związany z miejscem: Wrześnią i dokumentujący zmiany, próbujący uchwycić swoim okiem ślady świata, który powoli znika z naszych oczu. O tej bliskości świadczy również jeden z blogowych wpisów Zjeżdżałki, prawie sprzed roku http://zjezdzalka.blogspot.com/2008/02/tony-ray-jones.html, w którym cytował On Tonego Raya-Jonesa. Prace Jonesa były pokazywane na wystawie w CSW. We fragmencie cytowanym przez Zjeżdżałkę czytamy: „(...) dla mnie fotografia to ekscytujący i osobisty sposób reakcji na własne środowisko (...)". Zarówno wystawa jak i spotkanie z Mitchelem były tak ciekawe, bo dawały możliwość spojrzenia na brytyjską rzeczywistość z różnych punktów widzenia, pod różnym kątem, były dialogiem wielu "osobistych reakcji na własne środowisko".
NO SUCH THING AS SOCIETY
Sono appena tornata dal Centro dell’Arte Contemporanea (http://www.csw.art.pl) dove, ancora fino a domenica, si può vedere la mostra di fotografia britannica NO SUCH THING AS SOCIETY che è stata presentata a Varsavia all’occasione del 70 anniversario della presenza di British Council in Polonia. Il suo curatore era David Alan Mellor, che è “professore di storia dell’arte all’Università di Sussex, autore di tanti testi e curatore di mostre sui vari aspetti della fotografia britannica dal dopoguerra, tra l’altro di Antonioni’s Blow-Up, Londra 1966, Liliane Lijn, Works, 1958-1980 (2005), Interpreting Lucian Freud (2003), and the Art of Robyn Denny (2002).” La mostra parte da una citazione di Margaret Thatcher: “la società? Non esiste una cosa del genere. Ci sono soltanto individui, uomini e donne, ci sono anche le famiglie.” e poi prova ad esaminarlo. Perché anche se la società sembra non esistere, c’è, come mostrano le fotografie, la storia, gli eventi ed i luoghi in cui si svolgono le vite degli individui, degli uomini, donne e famiglie. Sulle pellicole dei fotografi attraverso due decadi degli anni ’70 e ’80 del Novecento sono stati documentati vari aspetti della vita in Gran Bretagna di quel periodo: i problemi sociali come i conflitti in Irlanda del Nord, le trasformazioni economiche, la globalizzazione che hanno causato una lenta ‘sparizione’ di un vecchio mondo industriale. E tutto questo influenzava la vita degli inglesi, gli inglesi ci partecipavano in modo attivo o passivo. Dunque, la mostra era per me una specie di viaggio nel tempo e nello spazio e di più un enorme piacere perché le fotografie erano fantastiche, ottime. I ritratti, come per esempio quelli di Chris Killip, mi hanno toccato più profondamente. Oltre la mostra oggi al Centro dell’Arte Contemporanea c’era anche un incontro con Peter Mitchel, uno degli autori delle fotografie esposte. Mitchel dal 1972 abita a Leeds e ha dedicato quasi tutta la sua produzione fotografica alla documentazione di questa città. Mitchel documenta sopratutto il suo quartiere che è quello più pericoloso e non gode buona reputazione. Durante l’incontro Mitchel mostrava le diapositive con i suoi lavori, parlava tanto delle esposizioni da lui realizzati e tutto questo componeva una narrazione sul passar del tempo, sullo sparire, inevitabile cadere in dimenticanza di quello che ci circonda. E la fotografia di nuovo serviva come uno strumento per ricordare, come un’ambra in cui troviamo l’ultimo individuo di una specie estinta. Trasportata miracolosamente nei nostri tempi essa comincia la sua seconda vita in una nuova realtà, quasi fuori del tempo, ricordando un altro mondo che una volta ci esisteva. Sembra che testimoni, come voleva Barthes, “ça-a-été” – questo è stato. Ma la sua testimonianza è molto fugace, cosparsa e parziale. Compone un mosaico in cui lo spazio tra i pezzi ci invita all’interpretazione. Come ha notato Mitchel stesso, lui alle proprie esposizioni collega le fotografie scattate tanti anni fa con quelle recenti. Li compone sempre di nuovo per creare nuove narrazioni, racconta la storia di Leeds in modo molto intimo e personalizzato. Questa storia non pretende di essere una descrizione scientifica ma apre davanti allo spettatore nuove e affascinanti realtà visuali. È questa l’intimità di fotografia, l’intimità del documento. Il metodo del lavoro di Mitchel mi ha fatto venire in mente quello con cui lavorava Ireneusz Zjeżdżałka, anche lui strettamente e costantemente legato ad un posto: Września, che documentava i cambiamenti di esso, tentava di catturare con il suo occhio le tracce di un mondo che lentamente sparisce. Questa vicinanza degli approcci di Zjeżdżałka, Mitchel e altri fotografi cui lavori erano esposti alla mostra ha testimoniato lui stesso, sullo suo blog [http://zjezdzalka.blogspot.com/ - purtroppo solo in parte in inglese], quando ha citato l’oppinione di Tony Ray-Jones (anche lui esposto a CSW): E allora sia la mostra che l’incontro con Mitchel erano così affascinanti perché permettevano di guardare alla realtà britannica da diversi punti di vista, erano un dialogo di tante “personali reazioni al proprio ambiente”.
środa, 07 stycznia 2009
Comincia a Lucca
L’idea di creare questo blog è nata parecchio tempo fa, finora però mi mancava il corraggio per descrivere il mio mondo fotografico, quello che in fotografia è importante per me. Sempre trovavo mila scuse per non cominciare a scrivere. Ma nel Paese dell’Eterno Estate ho capito che quello che voglio dire, può interessare gli altri. Per allora il blog sarà scritto in polacco ed italiano. Vorrei fra un pò aggiungere anche la traduzione inglese. Allora, comincia a Lucca, alla mostra Faces – ritratti nella fotografia del XX secolo. La mostra era assolutamente un enorme godimento per gli occhi: Sander, Belloque, Lange, Arbus, Warhole, Strand, Newman, Steichen, Sidibé ed altri. Diciasette autori, i ritratti scelti dalla loro produzione fotografica e tutto questo in un grande spazio espositivo. Ancora una volta ho potuto notare quanto sono diversi i metodi di costruire le mostre in Italia ed in Polonia. La mostra Faces ripete in qualche modo la narrazione sul ritratto, ben conosciuta dalla storia di fotografia. Da una parte si potevano vedere le stampe delle “stelle” del ritratto fotografico come August Sander, Diane Arbus o Ernest J. Bellocq. Ma questo discorso, diciamo “tradizionale”, è stato amplificato dalle fotografie degli autori conosciuti come Edward Steichen, nella produzione dei quali il ritratto non svolgeva il ruolo più importante. Sono stati agguinti anche dei progetti dagli ultimi anni, creati nei paesi “esotici” come Ukraina o Repubblica Ceca. Una scelta del genere ha garantito da una parte un alto livello visuale della mostra e dall’altra testimoniava un vasto approcio all’argomento, che includeva anche le realizzazioni molto recenti. Il contatto con le stampe dai negativi di vetro di Ernest Joseph Bellocq (http://photography-now.net/bellocq/portfolio1.html), che fotografava le prostitute dal quartiere francese di New Orlean, o con le stampe di Sander e Arbus era un enorme, stragrande piacere estetico. Non riuscivo a staccarmi da esse. L’esposizione, il modo in cui le fotografie erano presentate le metteva in primo piano. Il testo che le accompagnava si limitava alle note biografiche degli autori, ad inquadrare le loro opere nel contesto, senza le analisi o le prove di presentare ai visitatori un coerente discorso su un dato tema. L’unica cosa che collegava le opere era il genere: il ritratto, ma gli autori non hanno detto nulla sulla specificità del ritratto fotografico, il suo ruolo che svolgeva e svolge finora nella cultura, sull’iconografia, mutamenti ecc. Lo scopo della mostra non stava nel dire qualcosa sul ritratto ma nel mostrare delle intressanti realizazzioni in questo genere. Come le mostre si fanno in Polonia? Le nostre gallerie non possono permettersi a mostrare le opere degli autori talmente famosi come Sander o Arbus. A Varsavia soltanto Yours Gallery, Il Centro dell'Arte Contemporanea [Centrum Sztuki Współczesnej] e Zachęta – Galleria Nazionale d’Arte riescono a esibire di tanto in tanto i lavori dei famosi fotografi dall’estero. Questo è anche giusto perché la storia della fotografia polacca rimante tutt’ora in gran parte sconosciuta, non descritta e non esibita. Abbiamo ancora tanto da fare. In Polonia però ogni mostra dev’essere accompagnata da un’idea intelettuale. Non basta mostrare delle buone fotografie, delle opere di alto livello, che non erano esibite prima. Si deve sempre rispondere alla domanda: perché vale la pena esporrle. Questo problema tocca sopratutto alla fotografia, l’esposizione della quale si deve riferire sempre al discorso di storia dell’arte, la fotografia che non è ancora talmente “indipendente” per poter esser esposta per se stessa. Sempre si deve trattare di qualcosa di più oltre le fotografie. Così era nel caso della mostra delle Documentaliste – fotografe polacche del Novecento che era esposta nel 2008 a Zachęta. Alla mostra c’erano delle fotografie assolutamente ottime, scavate dagli archivii di varie istituzioni, cominciando con l’Archivio della Documentazione Meccanica, finendo all’Accademia Polacca delle Scienze [Polska Akademia Nauk], le fotografie univa il fatto o che tutte erano fatte dalle donne. E tutto questo era accompagnato da un testo che radicava le opere esposte al loro contesto. Nel caso delle fotografie mai prima esposte il lavoro fatto dalla curatrice dev’essere assolutamente apprezzato. Il problema però sta nel fatto che l’ambiente dei critici sottolineava scarsa analisi ed intepretazione dei temi che il materiale visuale toccava. Quale di questi metodi nel comporre una mostra è migliore? Non lo so. Non avevo ancora l’occasione di orgranisarne una, ma tutto ho ancora davanti. Il fatto è che allo spettatore il materiale visuale si offre sempre trasmesso attraverso una concezione intelettuale. Solo che essa può essere nascosta, come hanno fatto gli autori della mostra a Lucca (dietro le loro scelte dei fotografi presentati all’esposizione sta tutta la tradizione di scrivere ‘la storia di fotografia’) o può essere servita insieme al materiale visuale come si fa di solito in Polonia. Mi sembra che sia giusto collegare questi due approcci e da una parte affrontare i problemi davanti a cui ci si troviamo, dall’altra prendere in considerazione le possibilità ed i confini della percezione di un visitatore per non far sparire le fotografie sotto le interpretazioni, discorsi, testi... A me, presonalmente, è vicino l’approccio di uno storico che ritrova una cosa e la chiama, la mette nel contesto e spiega il suo origine, così come ha fatto Karolina Lewandowska nel caso delle Documentaliste. A Lucka ovviamente non hanno mostrato né Le annotazioni socjologiche [Zapis socjologiczny] di Zofia Rydet (http://www.fotopolis.pl/index.php?g=326), né il ciclo Senza atelier [Bez atelier] di Ireneusz Zjeżdżałka (http://www.fotopolis.pl/index.php?n=3481), né Un conoscente vicino [Bliski znajomy] di Paweł Żak (http://www.fotopolis.pl/index.php?n=8004) che assolutamente sono allo stesso livello con dei lavori esposti ma che non entrano ancora nell’internazionale discorso intitolato “Storia della fotografia”. Peccato, che la nostra fotografia ha così poca pubblicità e rimane totalmente sconosciuta. Questo blog è nato anche per cambiare questo stato. Oltre la mostra FACES a Lucca c’erano altre 17 esposizioni. Le ho viste quasi tutte, World Press Photo inclusa. Di solito la evitavo ma adesso almeno so da dove proviene lo stile del 99% dei giovani fotografi. Tra tante mostre poco interessanti come quella con dei ritratti di animali sullo sfondo bianco, c’era una che valeva la pena vedere: di Maro Lasalandra http://www.luccadigitalphotofest.it/index.php?view=article&catid=12%3Amostre&id=48%3Amario-lasalandra&option=com_content&Itemid=24〈=it Anche se in parte Lasalandra modellava il proprio stile su quello di Diane Arbus e in questo non era autentico, lì dove ha dimostrato la propria sensibilità le sue opere erano veramente fantastiche. Grazie a questa gita a Lucca so quale fotografia mi piace di più: quella intima, quella che permette a vedere non solo “un momento decisivo”, qualcosa prima mai visto, ma che mi dimostra la sensibilità dell’autore. Preferisco quando l’autore mi mostra il suo mondo, interno o esterno – non importa, fa la guida per me, me lo spiega. La guida non è uno scippatore il cui lavoro si limita a catturare delle belle vedute, delle inquadrature interessanti o a dimostrare gli eventi tremendi, cercare delle metafore visive.
piątek, 02 stycznia 2009
Zaczęło się w Lukce
Pomysł na powstanie tego bloga zrodził się już jakiś czas temu. Brakowało mi jednak wcześniej odwagi, żeby rzeczywiście zabrać się za pisanie i opisywanie tego, co fotograficznie dla mnie ważne. Znajdowałam zawsze milion wymówek, byle tylko nie zacząć nic robić. W Kraju Wiecznego Lata przekonałam się jednak, że być może kogoś zainteresuje to, co mam do powiedzenia. Na tę chwilę blog ten będzie pisany po polsku i włosku. Chciałabym wkrótce dołączyć też angielskie tłumaczenie wpisów. Tak więc, zaczęło się w Lukce, na wystawie Faces – ritratti nella fotografia del XX secolo [Faces – portrety w fotografii XX wieku]. Wystawa ta była absolutną ucztą dla oczu: Sander, Belloque, Lange, Arbus, Warhole, Strand, Newman, Steichen, Sidibé i inni. Siedemnastu autorów, wybrane z ich twórczości portrety i duża przestrzeń wystawiennicza. I znowu miałam okazję zauważyć, jak różne są metody konstruowania wystaw we Włoszech i w Polsce. Wystawa Faces w pewien sposób powiela narrację na temat portretu dobrze znaną z historii fotografii. Z jednej strony pokazano na niej zdjęcia wielkich "gwiazd" fotograficznego portretu jak August Sander, Diane Arbus czy Ernest J. Bellocq. Dyskurs ten uzupełniono jednak o prace takich sław Edward Steichen, w których twórczości portret nie odgrywał roli pierwszoplanowej. Do tego dodano kilka projektów z ostatnich lat, które powstały w tak „egzotycznych” krajach jak Ukraina czy Czechy. Taki wybór autorów zagwarantował jednocześnie wysoki poziom całości ale także miał świadczyć o szerokim, sięgającym współczesności potraktowaniu tematu. Obcowanie z odbitkami ze szklanych negatywów Ernesta Josepha Bellocqa (uwaga, pod linkiem znajdują się treści dostępne jedynie dla osób, które ukończyły 18 rok życia ;) http://photography-now.net/bellocq/portfolio1.html), który fotografował prostytutki z francuskiej dzielnicy Nowego Orleanu, czy z odbitkami Sandera i Arbus to ogromna, niezmierna, wspaniała estetyczna przyjemność. Od wielu prac po prostu nie mogłam się oderwać. Sposób ekspozycji prac wyraźnie wskazywał na to, że na wystawie to zdjęcia są najważniejsze. Tekst towarzyszący każdemu autorowi ograniczał się do krótkiej noty biograficznej i zarysowania ogólnego kontekstu prac, bez żadnych analiz, czy próby połączenia całości wystawy w jedną spójną wypowiedź na jakiś temat. Jedyną klamrą spinającą prace była tematyka: portret, ale tu znowu autorzy wystawy nie powiedzieli nic o portrecie fotograficznym jako takim, o jego specyfice, roli jaką odgrywał czy odgrywa nadal, ikonografii, przemianach itp, itd. Nie chodziło im o wypowiedź na temat portretu a o pokazanie ciekawych realizacji w tym gatunku. Jak już pisałam, jedynie dołączenie do kanonu fotografów portrecistów autorów mniej znanych oraz współczesnych miało być świadectwem różnorodności, bogactwa fotografii portretowej oraz miało zagwarantować aktualność dokonanego przez autorów wystawy wyboru. Jak takie wystawy wyglądają w Polsce? Naszych galerii nie stać na sprowadzanie prac takich sław jak Sander czy Arbus. W Warszawie jedynie Yours, CSW oraz Zachęta są w stanie pokazywać prace znanych zagranicznych autorów. Może to nawet i dobrze, bo polska historia fotografii pozostaje wciąż w ogromnej części nieznana, nieopisana i niepokazana. Mamy wiele do zrobienia na własnym podwórku. W Polsce jednak każdej wystawie musi obowiązkowo towarzyszyć jakiś pomysł intelektualny. Nie wystarcza to, że pokazujemy dobre prace, nigdy wcześniej nieupubliczniane. Musimy zawsze odpowiedzieć na pytanie: dlaczego warto te prace pokazać. Ten problem szczególnie dotyczy fotografii, której ekspozycja wciąż musi jakoś odnosić się do dyskursu historii sztuki i która nie jest jeszcze na tyle "samodzielna", aby można było pokazywać ją dla samej siebie. Zawsze musi chodzić o coś więcej niż o same fotografie. Tak było w przypadku wystawy Dokumentalistek, pokazywanej w ubiegłym roku w Zachęcie. Mieliśmy doskonałe zdjęcia, odkopane z czeluści różnych szacownych instytucji od Archiwum Dokumentacji Mechanicznej poczynając na Polskiej Akademii Nauk kończąc, mieliśmy wspólną klamrę - fotografie dokumentalne wykonane przez kobiety. Do tego trzeba było dołożyć tekst solidnie zakorzeniający pokazywane prace w ich kontekście. W przypadku fotografii, które dotąd praktycznie nie funkcjonowały w szerszym obiegu, praca którą wykonała kurator wystawy jest nie do przecenienia. Problem tylko w tym, że po wystawie pojawiły się w środowisku krytyków głosy, jakoby wokół tej wystawy było za mało tekstu, za mało analizy i interpretacji: http://obieg.pl/recenzje/4243, http://obieg.pl/recenzje/4217 . Czy któraś z metod konstruowania wystaw jest lepsza? Nie wiem. Nie miałam okazji jeszcze zmierzyć się z organizowaniem wystawy, ale wszystko przede mną. Fakt faktem, że widzowi zawsze podaje się materiał "przepuszczony" przez jakąś siatkę intelektualną. Tylko czasem się ją ukrywa, jak autorzy wystawy w Lukce (bo przecież za ich wyborami prezentowanych autorów stoi cała tradycja pisania historii fotografii), a czasem podaje się ją razem z materiałem wizualnym. Wydaje mi się, że dobrze jest obie te metody połączyć i z jednej strony krytycznie odnieść się do zagadnień stawianych przez materiał wizualny, licząc się jednocześnie z widzem, możliwościami jego percepcji i granicami rozumienia. Mnie osobiście bliski jest warsztat historyka, który odnajduje i nazywa, tak jak zrobiła to Karolina Lewandowska w przypadku Dokumentalistek. Aha, na wystawie w Lukce oczywiście nie pokazano ani Zapisu socjologicznego Zofii Rydet (http://www.fotopolis.pl/index.php?g=326), ani cyklu Bez atelier Ireneusza Zjeżdżałki (http://www.fotopolis.pl/index.php?n=3481), ani Bliskiego znajomego Pawła Żaka (http://www.fotopolis.pl/index.php?n=8004), prac, które naprawdę nie odbiegają poziomem od tego, co na wystawie pokazano, ale które nie wchodzą jeszcze w ten ogólnoświatowy dyskurs pt. "Historia fotografii". Szkoda, że nasza fotografia jest wciąż tak mało "rozreklamowana" i tak mało znana. Poza wystawą FACES w Lukce było 17 innych wystaw. Obejrzałam prawie wszystkie, łącznie z World Press Photo, którego do tej pory starałam się unikać. Teraz przynajmniej już wiem, skąd się bierze styl 99% prac młodych fotografów. Wśród wielu mało interesujących wystaw, takich jak ta z portretami zwierzątek na białym tle, była jedna ciekawa wystawa Maria Lasalandry http://www.luccadigitalphotofest.it/index.php?view=article&catid=12%3Amostre&id=48%3Amario-lasalandra&option=com_content&Itemid=24〈=it Co prawda w części Lasalandra wyraźnie wzorował się na Diane Arbus i nie był w swoich pracach autentyczny, ale tam, gdzie widać było jego wrażliwość, prace były naprawdę fantastyczne. No i dzięki tej wyprawie do Lukki wiem, jaką fotografię lubię najbardziej: intymną, taką, która pozwala mi nie tylko zobaczyć jakiś "decisive moment", albo coś, czego wcześniej nie widziałam, ale która jest też drogą do odkrycia wrażliwości jej autora. Wolę kiedy autor pokazuje mi swój świat, wewnętrzny czy zewnętrzny, to nie ma znaczenia, oprowadza mnie po nim. Jest przewodnikiem a nie łupieżcą, którego praca sprowadza się jedynie do łapania ładnych widoczków albo ciekawych ujęć czy pokazywania wstrząsających wydarzeń, szukania ładnych kadrów i wizualnych metafor. |